Havu's profileHavuPhotosBlogListsMore Tools Help

Blog


    sobota, 24.1.2009

    Podczas relacji z dzisiejszego konkursu komentatorzy dużo o mnie mówili. Nie rozumiem tylko, dlaczego przeważnie wymieniali moje nazwisko razem z Pastuchem. Toż to obraza na honorze. Poza tym jestem obrażony na telewizję - puszczać konkurs tak późno wieczorem, choć przecież odbył się w środku dnia. Sam widziałem, że na skoczni było jasno i słońce świeciło.

    Kanapowy zajął trzecie miejsce. Bardzo mnie tym zaskoczył, bo sądziłem, że bez swojej kanapy nie dostanie się do drugiej serii, a tu taka niespodzianka. Albo mu Vaciak kupił jakąś na miejscu, albo sam już nie wiem. Jak widać, Matti jest pełen tajemnic. Larinto był dziesiąty, a miernota Keituri znów pod koniec trzydziestki. Wygrał Schli-cośtam i się potem po konkursie obmacywali z oszustem Ammannem (przed konkursem zresztą też), rzekomo przy okazji zmiany koszulki lidera. Pieprzone pedały, wszędzie ich pełno, nawet za oceanem. Ale żeby Ammann ze Schli-cośtam? Myślałem, że oni się nie lubią...

    Komentatorzy mówili, że ta skocznia jest dobra dla Finów, bo radzą sobie na niej zawodnicy "energiczni i żwawi". Zastanawiam się, z której strony Matti albo Larinto są żwawi - chyba tylko przy okazji wskakiwania na kanapę/łóżko. Komentatorzy wspominali także, że jeśli z Van Cover pojechać na południe, to się zajedzie do "fabryki marzeń". I nie mieli na myśli jakiegoś lokalu w stylu tego, w jakim pracuje pani Keituri, tylko Hollywood. Jak widać, Vaciak musiał z nimi o tym rozmawiać...

    piątek, 23.1.2009

    Cieniasy poleciały do Kanady w supermocnym składzie: Kanapowy Matti, miernota Keituri i ćwok Larinto. Ciekawy jestem ich występów - umiarkowanie oczywiście. Nikomu się tam nie chciało jechać - Keituri jęczał, że chce do żony i jej rurki. Larinto jęczał, że nie chce się tak oddalać od swojego chłopaka. Ale najbardziej przesadził Kanapowy. Postanowił się tym razem zbuntować i zabrać ze sobą kanapę. Jak wiadomo, forma Mattiego maleje wraz ze wzrostem odległości od kanapy. Myśl, że musi jechać na drugi koniec świata, była dla niego zbyt dołująca. Oczywiście, nawet taki tępak jak Matti wiedział, że nie pozwolą mu zabrać kanapy jako takiej, więc postanowił ją przemycić... jako futerał do nart. Wszystko szło dobrze do czasu, kiedy na lotnisku okazało się, że narty są za długie i z rzekomego futerału wystają na metr. Matti robił ponoć wszystko, nawet usiłował przekupić ludzi na odprawie bagażowej swoim autografem - cóż, mówiłem, że to tępak. Kto by chciał jego autograf??? W każdym razie nic z tego nie wyszło i kanapa została w Kuopio.

    Jedynym zadowolonym z wyjazdu za ocean jest Vaciak. Ostatecznie z Kanady tylko kawałek do USA, a tam przecież kręcili najlepsze seriale świata. Między skokami w Kanadzie i Japonii Vaciak ma plany zrobić sobie wycieczkę do Hollywoodu i Britney Hills - może uda mu się spotkać jakąś gwiazdę albo nawet załapać się na jakiś kasting do pięćdziesiątego czwartego sezonu "Mody na sukces".

    Otaczają mnie idioci. Muszę jak najszybciej wrócić do skoków i podnieść poziom naszej kadry.

    środa, 21.1.2009

    Nie pisałem nic, bo byłem w szoku. Nie sądziłem, że Vaciak zrobi jeszcze coś, co mnie zaskoczy - po jego występie w internetowym kastingu do "Mody na sukces". Tymczasem Vaciak oznajmił, że gdybym chciał, to mam miejsce w kadrze do Liberka. Wiadomo, jestem mistrzem i te sprawy... miejsce w kadrze mam na stałe - ale tym razem chyba Vaciak trochę przesadził. Za dużo filmów i uwierzył chyba w magię. Ja dopiero zacząłem ćwiczenia na sali, a ten mi wróży, że za miesiąc mogę walczyć o medale.

    Ale trzymam go za słowo. Wiara przenosi góry. Co to dla takiego mistrza jak ja poprawić w miesiąc odbicie z 4 centymetrów na 60? Pulla z masłem.

    Idę po marchewkę - trzeba wyrobić dzisiejszą normę kalorii.

    niedziela, 18.1.2009

    Nawet nie chce mi się pisać. Nie interesuje mnie właściwie, co te miernoty robią na skokach. Skupiam się na moim treningu. Dziś pobiegłem na Puijo, popatrzeć sobie na skoki, aby wzmocnić swoją motywację. Zamierzam skakać jeszcze tej zimy.

    Chłopaki mieli wczoraj swój marny konkursik w Zakopanym. Do drugiej serii awansowali tylko Keituri i - o zgrozo - Lindström. Czego zupełnie nie jestem w stanie pojąć, Lindström był po pierwszej serii najwyżej z Finów. W drugiej natomiast zachował się, jak na niego przystało, i spadł na sam koniec. Dobrze mu tak.

    Sądzę, że największym wydarzeniem tego weekendu w Zakopanym, było pojawienie się pewnej bliżej niezdezynfekowanej osoby, która w szpilkach i podkoszulku biegała ranem w centrum miasta. Przynajmniej niektórzy mają możliwość realizować swoje ambicje...

    piątek, 16.1.2009

    Jak przypuszczałem, do Zakopanego pojechały same miernoty. Kanapowy, Larinto, a przede wszystkim Pastuch normalnie się wożą i postanowili sobie zrobić przerwę od zawodów. Aż ich Aho publicznie skrytykował i tym razem się z nim zgadzam. Nie jadą nawet do Kanady, gdzie za rok olimpiada, żeby wypróbować nową skocznię. Ale i tak by się to im na nic nie przydało, ponieważ mistrz olimpijski będzie za rok jeden i nie trzeba mówić, że będę to ja. Zamierzam powiększyć swoją kolekcję medalową.

    W każdym razie w Zakopanym wystąpiły największe miernoty naszego kraju: pseudoemeryt Kiuru, budowlaniec Jussi, sierota Lindström, dziwny Kovaljeff oraz miernota miernot Keituri. Kiuru nie dostał się do zawodów, Lindström i Hautamäki starszy odpadli na wstępie, a Kovaljeff i Keituri zajęli jakieś cieniackie miejsca. Czyli nic nowego, a wszystko w normie.

    Gwiazdą wieczoru był - nie zgadniecie - Vaciak. Jak się można domyślić, nasz trener popsuł wszystkim zabawę, a wszystko przez jego uzależnienie od seriali. Kiedy miał puszczać Kovaljeffa do skoku, tak się zapatrzył w swój ekran, że stracił kontakt ze światem. Stał jak idiota przez pięć minut z flagą uniesioną nad sobą i to była totalna porażka. Nie wiem, co się stało wówczas, ale możliwe, że uniesiona flaga Vaciaka wywołała jakieś zakłócenia w warunkach na skoczni, ponieważ nagle zerwał się huragan i zrobiła się śnieżyca, i konkurs zaczęto od nowa. Kiedy Vaciak już puścił Kovaljeffa i inne miernoty do skoku, pozostali trenerzy rzucili się patrzeć, co też tak go pochłonęło. Sam chciałbym wiedzieć, bo wyglądali na bardzo zaaferowanych, gapiąc się całą grupą w monitor i prawie wciskając do niego łby. Tak czy owak: dóóóóóóóóół.

    Konkurs wygrał Lojcel, a Schli-cośtam był drugi - a więc tu też nic nowego. Ammann wylądował gdzieś daleko. W ogóle nie wylądował Hilde, który wykonał popisową ślizgawkę i wpadnięcie w zaspę śnieżną. Norwegowie to zawsze byli pajace - jak nie Romøren, to inny jego kolega. W zawodach pojawił się znów Lazaniowy, ale nie udało mu się dostać do drugiej serii, choć dwa razy próbował. Jest gorszy od Lindströma. Chyba.

    Skoro o Norwegach mowa - przyłapali jednego z nich, Bystøla, na ćpaniu. Ciekawe, czy to robota Lappiego. Zawsze uważałem, że pomiędzy nim a Bystølem coś jest. Nawet nie skomentuję.

    niedziela, 11.1.2009

    Oglądając dziś zawody, powiedziałem sobie: dość. Za miesiąc zamierzam wrócić na skocznię, a za dwa miesiące - skakać w drużynówce na Salpausselce. Ćwiczenia wychodzą mi coraz lepiej, noga ma się dobrze, więc - czekaj na mnie, Puijo!

    Zawody to był jeden wielki żal. Pastuch zajął drugie miejsce i tylko na plecy Schli-cośtam mógł cały czas patrzeć. Reszta naszych: dno. Kanapowy po pierwszej serii miał szanse na podium, ale skończył na szóstym, zaś Larinto na siódmym. Kiuro znów był gdzieś na szarym końcu. Ammann się wczoraj pluł po zawodach - zresztą słusznie - o zbyt wysoki rozbieg, więc dziś konkurs odbył się z takiego, że trzy czwarte miernot nie doleciała do punktu K. Dobrze im tak, to oddziela ziarno od pleców. Wiadomo, że większość chłopa to tylko tło dla najlepszych. (Jak w naszej kadrze, gdzie jest tylko jeden Mistrz.) W każdym razie dzisiaj Ammann też nie podskoczył Schli-cośtam i był dopiero trzeci, nawet za Pastuchem.

    Vaciak zawładnął monitorem na wieży sędziowskiej, ale z zadrością zerkał także do telewizora trenera Autów. Pewnie chciał zobaczyć, jaki tam serial leci... Ciekawy jestem, jaką jeszcze rolę pełni Pena w tej kadrze poza obsługą techniczną "sprzętu".

    W trakcie konkursu zadzwonił do mnie Niemy i - o dziwo - zaczął ze mną rozmawiać. Byłem bardzo zaskoczony, przecież to Niemy. Właściwie to nie mówił, tylko płakał mi do słuchawki, jak to tęskni do Pucharu Świata (tak to określił) i jak pięknie się komentator w telewizji wypowiadał o naszych kadrowiczach. Powiedziałem mu, że nie ma być babą, tylko lepiej sobie jakąś znaleźć. Wtedy się chyba obraził i odłożył słuchawkę. Albo po prostu na wzór północny postanowił zaoszczędzić. On nie ma taty w klubie narciarskim. Chyba.

    Chłopaki wracają do domu, a już za kilka dni zawody w Zakopanem. Mogę się założyć, że Aho zrobi wszystko, żeby pojechać. Może nawet ma szanse, bo większość miernot zostaje w domu - między innymi Niemy i Larinto. Jak widać, Niemy zadzwonił nie tylko do mnie. Musiał być bardzo przekonujący, bo Larinto postanowił jechać z nim na Mistrzostwa Świata Juniorów. Albo równie mocno stęsknił się za swoim chłopakiem, że woli jakiś marny konkurskik trzeciej kategorii niż Puchar Świata. Nie dość, że ćwok i pieprzone pedały, to jeszcze debil. Zawsze wiedziałem, że tata mu załatwił to miejsce w kadrze, bo Larinto nie umie myśleć. Tak więc o ile Vaciak nie postanowi wziąć w ich miejsce jakichś innych miernot (a pamiętając jego pogróżki sprzed sezonu, można sądzić, że postanowi zaoszczędzić cenne pieniądze Hiihtoliitto), może znajdzie się miejsce dla Aho, który rzekomo jest odpowiedzialny za kombinezony kadry. Słyszałem pogłoski, że już spakował maszynę do szycia...

    sobota, 10.1.2009

    Jestem mistrzem lotów, a zawody mogę oglądać na telewizorze. Co za hańba! Tak naprawdę dziś nie było na co popatrzeć. Nasi byli znów w tyle i nie włączyli się do walki o podium - ale czy ktoś się w ogóle tego spodziewał po tych cieniasach? Larinto był dopiero piąty, Matti - dziewiąty, a Pastuch dopiero 11-ty i minęła go kasa, bo nie zrobił telemarku po swoim pierwszym nędznym skoku.

    Wygrał Schli-cośtam, bijąc przy tym rekord skoczni. Prawie sobie nogi połamał i mu potem przy wszystkich rzecznik prasowy Autów masaż stóp robił. Pieprzone pedały, wszędzie ich pełno, a w drużynie Austriackiej to już w ogóle. Za to Hofer i wszyscy inni oficjele skakali koło niego, żeby ich nie podał do sądu za takie wysokie ustawianie rozbiegu.  Oszust Ammann myślał już, że zwycięstwo ma w kieszeni, bo w pierwszej serii jako jedyny przeskoczył 200 metrów - tymczasem farciarz Schli-cośtam pokazał mu, co chciał. Wiadomo, austriacka mafia i te sprawy.

    W pierwszej dziesiątce znalazł się Brzydal, Żabojad. Wyobrażacie sobie, że wygrał kwalifikacje? Drugi Żabojad, ten od desek, był w kwalkach trzeci! Pojawił się nawet Lazaniowy - ktoś go jeszcze pamięta? - ale zajął zaszczytne ostatnie miejsce ze skokiem 140 metrów, tak więc miałem szczęście i nie musiałem go oglądać w konkursie.

    Skoro o oglądaniu mowa, Austriacy się wycwanili i ich trener przyszedł na skocznię z własnym telewizorem. Vaciak już w ogóle nie zwracał uwagi na to, co się dzieje wokół niego, i machał chłopakom, jak mu się zachciało. Ale bądźmy szczerzy: oni by niczego nie zdziałali, nawet gdyby mieli najlepsze warunki. Będę musiał zmienić te Vaciakowe upodobania do seriali, zanim wrócę na skocznię. Choć może prościej będzie zmienić Vaciaka...

    wtorek, 6.1.2009

    Wielki dóóóóóóóóóóóół. Dziś skakali zawody w Bigosowie, a mnie tam nie było. Aż chciałem dzwonić do Aho i pytać, czy on czuje podobnie, ale pocieszyłem się myślą, że za rok ja tam będę, a on nie. Za rok zamierzam wszystkich zadekować. Mistrz powróci i pokaże Austriakom, że Turniej Czterech Skoczni to fińska specjalność.

    Dziś tymczasem wygrał Lojcel - i miejmy nadzieję, że weźmie sobie to do serca i zakończy długą, choć nie bogatą, karierę. Skoro Aho mógł, to i on może. Czuję się niepewnie, kiedy w Pucharze Świata skaczą goście, których oglądałem swego czasu jedynie w telewizji, zanim sam się dostałem do światowej czołówki. Lojcel za dwa skoki dostał dziewięć dwudziestek i Ammann mógł się gonić - był dopiero drugi, czyli pierwszy przegrany.

    Nasi dali ciała (jak zawsze). Niemy przegrał awans do zawodów o pół punktu, co za ciul. Miernota Keituri odpadł na pierwszym skoku, reszta była w drugiej dziesiątce. Wszyscy chwalili ćwoka Larinto, że w pierwszym swoim turnieju zajął miejsce 14-te. Larinto kozak puszył się przed kamerą, jakby co najmniej wygrał zawody, i gadał jak wielki znawca turniejów. A na koniec dodał, że nigdy nie skakał na mamucie - tymczasem za dwa dni loty. Wyśmiałem go sprzed telewizora: ja jestem mistrzem Velikanki i już wygrywałem w lotach.

    Vaciak był bardzo niezadowolony, że oderwano go od telewizora, żeby puszczał jakieś miernoty do skoku. Ponoć wczoraj cały wieczór majstrował po monitorach na skoczni i ustawiał wszędzie kanał z serialami. Dziś wepchnął się do pierwszego rzędu na wieży trenerskiej i nikogo nie dopuszczał do monitora - a biorąc pod uwagę gabaryty Vaciaka, można się domyślać, że pozostali trenerzy nie mieli wiele miejsca, musieli więc sobie radzić siłą. Trener Austriaków, jak machał swoim oszustom do skoku, przywalił Vaciakowi po łbie flagą. Po konkursie MTV3 zgarnęła Vaciaka do wywiadu. Oderwał się bardzo niechętnie od telewizora i gadał coś bez ładu i składu. Żenada.

    Jako się rzekło, chłopaki jadą do jakiegoś Bad Mirkowa (Łazienka Mirka?) na loty. Ciekawe, jak się te nieloty wykażą - Kanapowy ma niby jakieś tam rekordy i medale, ale nie stawiałbym na niego, bo oddalił się od swojej kanapy już na ponad tydzień...

    niedziela, 4.1.2009

    Na In-bruku dziś nie wiało i odbył się konkurs. Wygrali oszuści Austriacy, bo im Hofer rozbieg podniósł na drugą serię. Po pierwszej serii prowadził Niemiec Schmitt - kolejny emeryt z czasów Aho - ale musiał ulec austriackiej mafii. Nawet Ammann poległ i był dopiero ósmy, dobrze mu tak. Nasi wypadli beznadziejnie, nie licząc Mattiego. Matti zajął obciachowe czwarte miejsce, ale jak na niego to wyczyn nie lada. Zadzwoniłem do niego w przerwie i powiedziałem, żeby pamiętał, że w drugiej serii też ma skoczyć, bo ostatnio miał z tym problemy.

    Reszta naszych - dno. Pastuch był w drugiej dziesiątce, Larinto w trzeciej, a Niemy i miernota Keituri w ogóle nie awansowali. Vaciak zaczął sezon dobrze, ale teraz brak mistrza w kadrze daje się już we znaki i nie sądzę, by później było lepiej. Bo jakś wątpię, by w Modzie na sukces zdarzyło się coś, co wprowadzi go w bardziej bojowy nastrój...

    Chłopaki jadą do Bigosowa, gdzie pojutrze ostatni konkurs. Będzie nudno, bo beze mnie, ale oglądajcie, to potem się razem pośmiejemy.


    czwartek, 1.1.2009

    W Nowym Roku moim wiernym fanom życzę swojego własnego sukcesu, a przede wszystkim powrotu na skocznię. Mam zamiar jeszcze wygrywać - na przykład sześć Turniejów Czterech Skoczni. Tymczasem trwa ten, którego niestety nie wygram, choć gdybym na nim był, wygrałbym bez wątpienia i tym samym rozpoczął nową kartę w historii. Dzisiaj odbył się konkurs w Gapie i chłopaki, znów zawiedli na całej linii - to aż wstyd tak zaczynać Nowy Rok. Niemy w ogóle nie awansował, ale po co ja o tym piszę? Jego chłopak skakał jak ostatnia sierota - a Pena typował go przed Turniejem na zwycięzcę! Kolega Peny od rurek, miernota Keituri, oddał najsłabszy skok konkursu - chyba go Yvonne obije rurką za coś takiego. Kanapowy znów zapomniał, że w zawodach oddaje się dwa skoki. A Pastuch Olli wyobraża sobie, że jest gwiazdą, i dziś był trzeci! To już jest prawdziwy skandal.

    Dziś nareszcie dokopano oszustowi Ammannowi - bo nie wygrał. Co ciekawe, cienias przegrał notami za styl. Widać łaska sędziów na kolorowych nartach skacze. Jeszcze niedawno Ammann wygrywał właśnie przez zawyżone noty, a tymczasem sędziowie znaleźli sobie nowego ulubieńca, tego tam Lojcela. Co to w ogóle za jeden? Chyba jakiś emeryt z pokolenia Aho. W każdym razie skoczył kilka metrów bliżej od Ammanna, ale dostał same dwudziestki. Dobrze im tak.

    Tutaj natomiast nic ciekawego. Rodzice nie dali mi odpalić fajerwerków - powiedzieli, że chcą jeszcze trochę w tym domu pomieszkać. Dóóóóóóóóóóóóóóół. Potem przez całą noc tańczyli jakieś tango przy zawodzeniach z gramofonu, za to Anna z Joonasem mieli własną dyskotekę w pokoju na górze. W każdym uchu grało mi coś innego, więc doprowadzony do desperacji włączyłem sobie na wieży Kroisosów, aż wreszcie udało mi się omdleć... Nigdy więcej sylwestrów na chacie!