Havu's profileHavuPhotosBlogListsMore Tools Help

Blog


    poniedziałek, 30.7.2007 23:59

    Dzisiejszy konkurs na Puijo to była porażka - zająłem dopiero drugie miejsce! Co prawda przegrałem tylko o 1,7 punktu, ale za to z tym parobkiem z Rovaniemi! Drugie miejsce to pierwsze przegrane, jak powiedział kiedyś ktoś mądry. Pastuch obnosił się ze swoją dziewczyną i tylko patrzył, czy dziennikarze widzą. Widać jakaś nieszczęsna nabrała się na jego wątpliwe wdzięki - albo, co bardziej prawdopodobne, poleciała na jego medal z Sapporo. (I tak wszyscy wiedzą, że to był przypadek i największy fart ostatniej zimy.) A ja wiem, że on i tak buja się w Nikunenowej. Na pewno usiłuje zapomnieć, że jego luba wyszła za trenera, i tym samym zagłuszyć ból istnienia... Niee, przecież mówimy o Ollim. On nie jest zdolny do tak głębokich przeżyć. On się wzrusza, co najwyżej dojąc renifery.
     
    A skoro mowa o trenerze - wpadł do Kuopio tylko po to, żeby zabrać tego sprzedawczyka Vaciaka i jutro jechać z nim na pole golfowe skoro świt. Szósta rano, co za idioci... Zresztą ja zawsze o tym wiedziałem. Swoją drogą, czy czegoś - a nawet kogoś - wam tu nie brakuje? Marvaila nie pokazał się od czasu ślubu. Prawdopodobnie wciąż pije - i to razem z Riku, który także zniknął bez śladu. Marvaila widać wciąż nie wybaczył Tommiemu ożenku, a Tommi chyba jakoś się tym nie przejął, tylko znalazł sobie nowego kompana... przyjaciela... Ale żeby z kolegą trenerem??? Ugh, pieprzone pedały.
     
    Hitem dnia okazał się dzisiaj Lump Kantee. Od tygodnia chwalił się wszem i wobec swoim urojonym wywiadem, który miał mieć miejsce po konkursie. Oczywiście nikt mu nie wierzył, ale Kantee wystroił się jak szczur na otwarcie kanału i nawet poszedł do fryzjera. Nikt go nie poznał, a dwie laski szukały go po całej skoczni, stojąc od niego o dwa kroki. Zresztą ja się wcale nie dziwię, bo sam szukałem go dzisiaj pół dnia, żeby mi wyprasował narty żelazkiem Harriego. Wywiad okazał się prawdą - widział go na własne oczy Jake i  przysięgał nam potem na grób swojej jeszcze żyjącej babci. Ja nie rozumiem: jak można chcieć wywiadu z Kantee? Po co?? Co on może mieć ciekawego do powiedzenia??? Ja to co innego - ale ja się godzę tylko na wywiady excluziv dla najlepszych gazet. Żadna się jeszcze nie zgłosiła, ale ja jestem cierpliwy. 

    sobota, 28.7.2007 20:34

    Letnie treningi weszły w najlepszą fazę - cykl Veikkaus Tour, który rok temu wygrałem z miażdżącą przewagą nad kanapofilem Mattim. Zawody międzynarodowe czy krajowe - ja zawsze jestem Najlepszy. Wczoraj miałem odnieść zwycięstwo w pierwszym konkursie, skakaliśmy na K90 - jedynej skoczni w Lahti, na której da się aktualnie skakać, bo na K116 jest basen, a na K65 plac budowy. Padłem jednak ofiarą spisku. Vaciak, ten piii piii p**************, dał mi znak do startu, kiedy jeszcze paliło się czerwone światło. Ja oczywiście zareagowałem instynktownie na znak trenera, więc do mnie pretensji mieć nie można. A oni mnie zdyskwalifikowali, choć powinni jego!
     
    W II serii pokazałem klasę mistrza i skoczyłem drugą najdalszą odległość konkursu, i wyprzedziłem w sumie aż czterech jełopów, którym zaliczono oba skoki. Jestem Wielki. Wygrał Keituri, ale oczywiście dlatego, że wiało mu pod narty huraganem. No tak, lokalny zawodnik i wszystko jasne, a Vaciak dał się przekupić tym burżujom z Lahti. Ciekawe, co mu zaproponowali? Zestaw kina domowrego plus wszystkie 15 sezonów "Mody na sukces" na dvd??? Żenada. Powinien sobie wziąć "Kojaka" albo "Fantomasa". Bo "Szoguna" już chyba ma... Drugi był jakiś Kai Kovaljeff - co to za jeden? Pierwsze słyszę. Trzecie miejsce zajął Lappi, którego fart nie opuszcza. Ale pod nim dołków nikt nie kopie, więc może sobie spokojnie ciułać te punkty, podczas gdy Najlepszy ma zawsze samych rywali.
     
    Ale żeby mój własny trener... Zemszczę się! Bardzo okrutnie! 

    środa, 25.7.2007 17:45

    Sława jest strasznym brzemieniem. A ci idioci jeden przez drugiego opowiadają w wywiadach, jak to w Finlandii żyją sobie spokojnie. Z drugiej strony oni nie mają żadnych osiągnieć, to i jaką sławą mają się niby cieszyć? Mój wierny przyjaciel Joonas pokazał mi dzisiaj kilka moich zdjęć robionych z ukradka podczas treningów, które w pocie czoła realizuję. Przeklęci paparazzi! Człowiek nie ma życia prywatnego. Teraz rozumiem, co czuje Michael Jackson.
     

    niedziela, 15.7.2007 20:26

    Wczoraj w Henry's Pub Matti wyprawił swoje 26. urodziny. Nie wiem, z czego się tu cieszyć, skoro nieubłaganie wkracza w wiek starczy, no ale Matti to Matti i jak każdy wie, on ma swój świat. Znany ze swej zupełnie nie godnej Fina głowy do picia Matti dostał od chłopaków skrzynkę bezalkoholowego piwa. Oczywiście najpierw ten lump Villi zdapywał pieczołowicie nalepki z butelek i pozamieniał tak, aby Matti się nie skapnął, że pije siuśki dla dzieci. Podstęp się udał wyśmienicie i Gazza wlał w siebie całą skrzynkę. Nie tylko nic mu nie było, ale nawet można było zanotować u niego niespotykane jak na niego ożywienie - wstał ze swej kanapy (przytachałem mu ją do pubu osobiście w ramach prezentu) i poprawiał wielce energicznie poduszki.
     
    Ja za to z piwa na piwo czułem się coraz bardziej nietęgo. Moje piwo miało chyba moc koskenkorvy. Wiem, że obrzygałem barmanowi buty, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, byli Joonas i Anna, którzy koniecznie szukali w pubie pralki... Ocknąłem się, kiedy Jake odkrył, że ktoś pomylił piwo i że całe bezalkoholowe zapasy wypiłem ja. Wszyscy byli bardzo zdziwieni, bo Matti trzymał się świetnie, a pił już chyba z dwunastą butelkę. Wyszedłem na największą ciemięgę wieczoru, na głupka, który upija się niemalże kaszką dla niemowląt. Zmyłem się szybko do domu, mając nadzieję, że chłopaki, sami napruci, nie będą rano pamiętali mojej porażki. I mogłoby się wydawać, że faktycznie mi sie upiekło, ale dziś Vaciak, chcąc zachęcić do wysiłku na treningach, zaprosił nas na jednego. Wszystkim postwił po drinku, a mnie kazał pić colę. Dóóóóóóóóóóóóóóóóół.

    czwartek, 12.7.2007 18:30

    Nareszcie wyjechały fircyki Niemeli i mogę oddawać się mistrzowskiemu treningowi. Już nikt nie podpatrzy moich tajemnic! Przyszedłem na skocznię, popatrzyłem w górę... a ta skocznia taka duża... Stwierdziłem, że trening może zaczekać, i zamknąłem się w stacji wyciągu. Żeby wszystko wyglądało bardziej naturalnie, sprowadziłem porządną ulewę. Nikt nie będzie mówił, że Janne Happonen nie trenuje, bo mu się nie chce!
     
    Siedziałem tam z Kantee, którego nazywamy między sobą Lumpem, gdy przyszła jakaś małolata i poprosiła o autograf. Kantee wyleciał z budynku, niepomny na deszcz, i złożył swój podpis cały radosny. Zatkało mnie. Czemu brać od Kantee autograf??? Przecież jego kapela gra jakąś kocią muzykę, a jego wokal to normalnie miauczenie kota. Nie mówiąc już o tym, że zna ich kilkoro (nieszczęsnych) ludzi w Kuopio, i tyle. Chciałem wylecieć za Kantee i zawołać, że mają tutaj prawdziwego mistrza skoków narciarskich, to po co im żałosny szarpidrut, który dorabia sprzątniem na Puijo??? - ale potknąłem się o kable i rymnąłem jak długi. Dóóóóóóóóóół.

    wtorek, 10.7.2007 17:35

    Powróciła szara codzienna rzeczywistość. Chyba mam depresję, bo nie chce mi się nawet ćwiczyć na Puijo, a to straszne! Oczywiście, kilkudniowy odpoczynek nie wpłynie na formę mistrza. Myślę, że zaczynam doceniać filozofię Mattiego. Kanapa nie jest zła. Pojechałem dziś na Puijo, ale kiedy popatrzyłem na tę wielką górę, wszystkiego mi się odechciało i jakoś jedyną naturalną pozycją wydawało się położyć na masce samochodu i tępo patrzeć przed siebie, kątem plując otoczenie...

    Cholera! Co ja piszę???

    Zresztą zaraz spadł deszcz, więc trening siłą rzeczy się nie odbył.

    poniedziałek, 9.7.2007 20:13

    Nareszcie wytrzeźwiałem po weselu Tommiego. Dzisiaj z pewnymi trudnościami dojechałem na swoim motorze do Kuopio. Głowa mi pękała, a ci debile kierowcy trąbili na mnie, że jadę za wolno. Też coś! Miałem ryzykować swoje życie i pędzić pięćdziesiątką?? Autostrady są niebezpieczne.
     
    Wesele było równie koszmarne co ślub. Przede wszystkim różowe i nawet wolę o tym nie myśleć, bo znów kręci mi się w głowie. Tommi upił się najszybciej ze wszystkich i siedział narąbany do nieprzytomności - trzeba było go przywiązać do krzesła, żeby nie walnął w stół. Miia chyba nie zauważyła niczego, bo cały czas gadała do niego jak najęta, rzucając jednocześnie pełne wyższości spojrzenia swoim koleżankom. Rozmową zabawiał ją Vaciak, który - jak wszyscy wiedzą - lubi mówić. Niemelä zresztą tak samo - a mówią, że Finowie są małomówni... Kojo i fizjoł Norów usiedli gdzieś z boku, a Kojo sprawiał wrażenie, że znów jest najważniejszą osobą na imprezie. Burżuj. Jake, Jussi i Ville wyciągnęli nie wiadomo skąd gitary i urządzili wszystkim darmowy koncert. Nie trzeba mówić, że nawet taka kakofonia nie wyrwała Tommiego z jego letargu, zaś większość gości była chyba równie zaszokowana tym występem jak różowym wystrojem ślubu. Matti tradycyjnie wpadł pod stół zaraz po dwóch piwach. Reszta jest milczeniem, ponieważ w którymś momencie także mnie się film urwał. I chyba nie mam się czym martwić.
     
    PS. Zadzwonił Joonas. Bezczelnie zapytał - mnie, mistrza kierownicy! - czy udało mi się dojechać do domu! Kazałem mu się zamknąć i odciąłem się, że w różowej muszce wyglądał jak prosiak. Jakoś wzięliśmy się za omawianie tego strasznego ślubu i wesela i dziwnym trafem okazało się, że różu było jak na lekarstwo, a Miia suknię miała jak najbardziej białą. Joonas zasugerował, że musiałem się podczas podróży do Kuopio nawdychać spalin i stąd zaburzenia widzenia. Ale on mądry! To niby czemu na zdjęciach też wszystko jest różowe???
     
    PS2. Cholera, zapomniałem, że mały Ahonen utopił mi aparat w misie z ponczem. Nienawidzę bachorów!

    sobota, 7.7.2007 20:00

    Jak zostało wspomniane, dzisiaj odbył się ślub naszego beznadziejnego trenera Tommiego N. z jeszcze bardziej beznadziejną Miss Suomi Miią L. - a miało to miejsce w Lahti. Muszę jak najszybciej wyrzucić z siebie to zdarzenie, by nie zapadło mi w pamięć i nie prześladowało do końca życia. Bo to zaiste była trauma.
     
    Jechałem do Lahti prosto z Kuopio moim wypasionym motorem (wciąż nie pamiętam marki), ale były korki i kiedy dojechałam pod kościół, wszyscy byli już niestety w środku, więc nikt nie podziwiał mojego entree. Uroczystość jeszcze się nie zaczęła, byłem w sam raz na czas. Wszedłem do kościoła... i prawie dostałem zawału. To mógł być tylko pomysł Mii - całe wnętrze udekorowane było na różowo. Jasny różowy, ciemny różowy i najróżniejszy inny różowy, z okazjonalnymi akcentami czerwieni. Różowy dywan prowadził do ołtarza, różowe były poduszki w ławkach, a wszędzie pełno serduszek i aniołków. Kiedy patrzyłem po zgromadzonych, widziałem na ich twarzach to samo przerażenie: największy kicz. A było na co popatrzeć...
     
    Tommi stał przy ołtarzu w szarym garniturze, który doskonale pasował do koloru jego twarzy. Tommi musiał sobie mocno golnąć, by przetrzymać tę uroczystość. Chwiał się na nogach, patrzył błędnym, pozbawionym nadziei wzrokiem, a przytrzymywał go Vaciak, który chyba robił za jego świadka czy innego drużbę. Dalej siedzieli Kojo z Anssim  Örrim, fizjołem Norwegów, i wyglądali na najlepszą parę tej uroczystości - pieprzone pedały, wszędzi ich pełno, nawet na ślubie w kościele. Był też Pekka, który zostawił swoich francuskich fircyków w Kuopio. Jake i Ville wystroili się jak stróż na Boże Ciało i wystąpili w strojach przedwojennych dżentelmenów - mieli białe (pedalskie) garnitury, kapelusze, lakierki i laseczki zakończone gałką. Brakowało im wąsików i cygara. Jussi przybył z małżonką i córką, którą podrywał syn Aho. Nie szkodzi, że mała nie ma jeszcze pół roku. Sam Aho siedział obok żony wyjątkowo zniesmaczony, choć ukrywał to pod swoją maską kamiennej twarzy. Aho przyjechał wprost z Alastaro, gdzie miał wyścig dragsterów, i słyszałem plotki, że zamierzał wystąpić w kombinezonie i zaraz po ślubie wracać na tor, ale Miia zmusiła go do założenia stroju uroczystego. Ja bym się nie dał! Matti zasnął, jak tylko usiadł na miękkich poduszkach - widać skojarzyło mu się z kanapą, choć wolę nie myśleć, czy Matti ma w domu RÓŻOWĄ kanapę.
     
    Marvaila płakał cały czas, pod jego ławką uzbierała się już wielka kałuża i nikt nie chciał koło niego siedzieć. W następnej ławce siedzieli Joonas i Harri. Joonas siedział dość sztywny, ponieważ przesadził w swojej pralni z krochmaleniem garnituru. Harri wyglądał na nieco zmartwionego i niespokojnego - zaczynam podejrzewać, że on naprawdę coś ma do Mii. Dopiero niedawno dowiedziałem się jego wielkiego sekretu, a mianowicie skłonności do zaburzeń obsuwalno-konwulsyjnych - kiedy jest zdenerwowany, zaczyna liczyć wszystko, co da się policzyć. Teraz jego oczy biegały po całym kościele i najwyraźniej usiłował policzyć serduszka na ławkach, kwiaty w bukietach, a może nawet włókna w dywanie. Vellu pojawił się ze swoją Mona-Liisą, która raz po raz spoglądała na niego wyczekująco, ale Vellu znany jest ze swej niekumatości - w sumie jestem z niego dumny: nie pozwala kobietom jeździć sobie po głowie. Risto dostał alergii na unoszące się w powietrzu słodko-mdlące perfumy, od których przynajmniej mnie zaraz zakręciło się w głowie, i siedział tuż przy wyjściu, kichając raz po raz. Byli też Kiuru i Lappi, którzy chyba jako jedyni sprawiali normalne wrażenie - ale tak to jest, jak się nie ma fantazji. A ja wciąż pamiętam Sapporo...
     
    Po drugiej stronie siedziały wszystkie anty-koleżanki Mii, które zostały zaproszone - zielone z zazdrości i żółte z zawiści. Ale Miia nie ograniczyła się tylko do widowni miejscowej - uwierzycie, że załatwiła transmisję w YLE??? A kto mógł ją prowadzić, jak nie zaznajomiony Riku? No i potem przyszła sama Miia, a za nią dziesięć druhen w cukierkowym różu. Miia miała na sobie różową sukienkę, w której wyglądała jak bombka, i masę różowych kokard - jedną nawet na czole. Kiedy przechodziła koło Villego, ten pomacał suknię laską, żeby sprawdzić, czy jest taka sztywna, na jaką wygląda. Była. Na widok Mii Marvaila zerwał się z ławki i wyleciał z kościoła, tratując stojącego przy wyjściu Risto. W sumie aż poczułem współczucie dla naszego szefa z Hiihtoliitto, ale nie miałem czasu się temu oddawać, ponieważ Miia zobaczyła, jak swoim czarnym wypasionym strojem motocyklisty zaburzam doskonałą różowo-różową harmonię, i wywaliła mnie z kościoła. Ech dóóóóóóóóóóóóóóóół.
     
    Tak więc było nas pod kościołem dwóch. Marvaila wyciągnął kolejną flaszkę i topił swój ból w koskenkorvie, a ja zacząłem się cieszyć, że ślub nie odbywa się w Kuopio, bo w stanie, w jakim Marvaila był, zacząłbym się obawiać o jego życie. Wieża Puijo jest bardzo kuszącym obiektem dla lokalnych desperatów... Tymczasem zaraz za nami wyleciał Riku z całą ekipą. Co się dziwić: musiałem jednak zrobić wrażenie. Zaraz ustawiłem się koło mojej maszyny, poprawiłem włosy i czekałem na reportaż. Riku jednak wywęszył aferę i zaczął gadać z Marvailą, a ja znów zostałem zignorowany. Nie wiem, co oni tam do siebie mówili - trwałem uparcie przy swym motorze, nie tracąc nadziei, że może chociaż mignę w tle (Ja!! W tle!! Co za upokorzenie!) - ale za jakiś czas Riku odesłał kamerzystów do kościoła (kiedy z wewnętrz dobiegły wściekłe wrzaski Mii: "GDZIE TA TELEWIZJA???!!!"), a sam wziął Marvailę pod ramię i oddalili się w stronę zachodzącego słońca. Chociaż właściwie jest lato, poza tym było wczesne popołudnie...
     
    Chyba obaj wciąż pamiętają Sapporo. Albo właśnie: NIE pamiętają.
     
    W następnym odcinku - opis wesela.

    piątek, 6.7.2007 22:29

    Ostatnio nie jestem w zbyt wielkich łaskach u Tommiego. Od czasu zgrupowania w Zakopanem traktuje mnie jak powietrze i wciąż nazywa opojem, wytykając chwilę słabości. Postanowiłem więc odbudować nadszarpniętą reputację i przywrócić należny mi szacunek.
     
    Stanowczym gestem roztłukłem moją skarbonkę prosiaczka, w której odkąd skończyłem 5 lat, zbierałem pieczołowicie każdą sumę. Lata wyrzeczeń, zbierania butelek, kapsli na złom, makulatury czy sprzedaż lodów na Puijo - opłaciło się. Zebrałem całkiem niezłą sumkę, za którą zrealizowałem swoje marzenie - kupiłem prawdziwy motor!!! I nawet na wypasione ciuchy styknęło.
     
    Postanowiłem zaprezentować się w nowym wdzianku i na motorze na ślubie Tommiego w sobotę, ale nie wytrzymałem i zjawiłem się tak odwalony na treningach. W końcu mamy gości z zagranicy. Im więcej osób będzie miało okazję mnie podziwiać, tym lepiej. To posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę. Wszystkim szczęki opadły na mój widok. Prezentowałem się wyśmienicie. Koledzy mi zazdrościli, co było widać na pierwszy rzut oka, a laski, które przyszły na skocznię, bynajmniej nie dla Bera (wiadomo dla kogo), były posikane. Nawet taka jedna robiła mi zdjęcia z ukrycia. Ciężkie jest życie gwiazdy, zawsze to powtarzam, i ci papparazzi....
     
    W każdym razie nikt już nie gapił się, jak Ber męczy się w deszczu, oddając raczej mizerne skoki, tylko to ja byłem gwoździem programu. Wiem, że bardzo zyskałem w oczach tej bandy z PHSu. Jutro zobaczy mnie Tommi i - jestem tego pewny - przeprosi ze swe niestosowne zachowanie. Już wkrótce zajmę miejsce Ahonena.
     
    Martwię się tylko, że jak mnie takiego pięknego zobaczy także Miia, nie będzie chciała poślubić Nikunena. Zresztą wcale jej się nie będę dziwić. Jestem przecież najlepszą partia w Kuopio, a może i nawet w całej Suomi :)

    niedziela, 1.7.2007 18:45

    Nie wiem, skąd Joonas wziął te opowieści o deszczu i wietrze. W Kuopio jest piękna pogoda i gdybym nie był przykładnym i sumiennym skoczkiem, poszedłbym zaraz się opalać na plażę. Co z tego, że od czasu do czasu - średnio co godzinę - mamy ulewę? Lato, buraki! Lato! Jako się rzekło, po powrocie z Zakopanego wziąłem się za trenowanie swej mistrzowskiej formy. Niestety, Puijo okupują te fircyki Niemeli, które uważają, że umieją skakać. Na razie skaczą na K90, ale jeśli mam być szczery, uważam, że to za wysokie progi na ich nogi - K65 byłaby bardziej odpowiednia.
     
    Stwierdziłem, że mam dość morderczych metod Tommiego. Ten człowiek chyba uroił sobie, że jeśli nie zrobi z nas mistrzów, to pośle nas do grobu. Obejdzie się. Sam się wytrenuję na mistrza - a przecież już nim właściwie jestem. A prawdziwy mistrz nie potrzebuje żadnego trenera, tak mówili w filmie, jaki ostatnio widziałem. Co prawda to było o łyżwiarzach figurowych... Hmm, może to nie jest zbyt dobre źródło inspiracji - łyżwiarstwo figurowe jest chyba jeszcze bardziej pedalskie niż skoki...
     
    Znów odbiegłem od tematu. Chodzi o to, że opracowałem dla siebie strategię treningową, która na nowo wyniesie mnie na wyżyny skoków. Nie mam zamiaru nikomu jej zdradzać, o nie. Kiedy fircyki Niemeli już skończyły trening i pojechały do hotelu, wyszedłem z ukrycia i zacząłem ćwiczyć. Zrobiłem sobie wspaniałą rozgrzewkę, porozciągałem się, poćwiczyłem odbicie na sucho - i wtedy niestety opuściło mnie szczęście. Zaczęły mnie obserwować dwie podejrzanie wyglądające baby. Udawały, że mnie nie widzą (a ja udawałem, że ich nie widzę) - ale słyszałem wszystko: one były z zagranicy! To szpiedzy! Chcą wykraść tajemnicę mojego mistrzowskiego treningu i sprzedać obcym nacjom! Ale ze mną nie ma tak łatwo. Kiedy położyły się nieopodal i udawały, że się opalają, oddaliłem się jakby nigdy nic i cierpliwie czekałem, aż sobie pójdą. Jestem genialny. Potem lunęło, więc nie chcąc się przeziębić, postanowiłem odłożyć trening na później.
     
    Trzeba napisać o jeszcze jednej przykrej rzeczy - odbywa się w Kuopio festiwal winny, ale mama mi nie pozwoliła iść. Musiałem zostać w domu i pić podebraną z lodówki koskenkorvę, dóóóół... Grały jakieś kapele - nie żeby coś wielkiego, ale na pewno lepsze niż Kroisos, więc dla odmiany zawsze fajniej byłoby posłuchać. Przynajmniej w nocy miałem przyjemny sen - no, do czasu. Śniło mi się, że za zasługi na polu sportowym (moje medale olimpijskie, rzecz jasna) poproszono mnie do ratusza, bym wygłosił mowę. Powiedziałem, że Kuopio powinno zmienić nazwę na Happio. Sen skończył się w momencie, gdy wyrzucili mnie stamtąd na zbity pysk. Zero szacunku dla mistrza... Ja im jeszcze pokażę!